Wczoraj Monika - koleżanka z moich wczesnych lat szkolnych, z którą m=nie miałam okazji widzieć się tyle, tyle lat :) przywiozła mi nakrętki, które uzbierała z synkiem.
Wielkie dzięki dla Was - pamiętajcie, że nie ważne czy jest ich 10 szt czy 10 kg, bo kaźda nakrętka jest ważna dla mnie.
Nie chcę słyszeć od Was - te moje zbiory są takie mizerne przy tym co uzbierałaś. Tylko gdyby nie pojedyncze nakrętki to przecież nie byłoby nigdy tony.
Monia pamiętała o moim smyku - łobuzie strasznym, który wczoraj o dziwo dał popis ze swojej dobrej strony również. Pierwszy raz gdy miał gościa (- syn Moniki ma ponad 6 lat) bawił się ładnie, dzielił zabawkami, nie wyrywał, nie bił - tylko bawili się naprawdę ładnie... no może mój był bardzo aktywny, biegał robił dużo szumu... ale nie było łez.
Dostałam po Huberciku kilka ciuszków :) za co bardzo dziękujemy. Łobuz będzie miał do przedszkola, bo ma zdolności niszczycielskie.
Po za tym spędziłam przemiłe popołudnie mogąc porozmawiać z Moniką. Taka miła odmiana od codzienności.
Pokomplikowała się sprawa odbioru nakrętek z jednej ze szkół w Warszawie - jest ich sporo i kombinujemy, ale całe wakacje coś szło nie tak, a teraz gdy udało się załatwić auto na niedzielę - niestety nie jest możliwe bo w szkole nie ma nikogo kto mógłby wydać.
Nie wiem czy uda się załatwić jeszcze jakiś samochód - bo nawet gdyby je przewieźć w jakieś miejsce to potem do mnie jednak gołębie tego nie przeniosą. Kombinujemy... a raczej nieoceniona Gosia i Krzysztof. To oni jak zawsze transportują nakrętki do mnie.
Na ten rok załatwiam by szkoła w Lucieniu - szkoła moich dzieci, przyłączyła się do akcji. Oprócz tego inne gminne szkoły i chcę miasto włączyć (nie jest to takie łatwe niestety).
Jestem dobrej myśli co do Lucienia a może nawet jakaś inna dojdzie.
W każdym razie działam nieustannie, choć bardzo powoli... bo zdrowie nie daje mi wolnego - ból jest chyba tym najgorszym elementem. Siła mięśni słaba, zmiany pogody wpływają fatalnie na samopoczucie, odczuwanie bólu, koncentrację, siłę mięśni i ich wytrzymałość.
Staram się nie narzekać, sama siebie mobilizuję... ale wieczorem padam na twarz bez sił... a gdy7 przeforsuję zbytnio mięśnie to potem cała noc z głowy bo skurcze potwornie szarpią w spoczynku.
Boję się zimy troszkę... ale przecież nie pierwsza zima w moim życiu.
Blog jest historią walki z neuroboreliozą. Od wielu lat borykam się z chorobami, leczenie to jak walka z wiatrakami... W 2009 roku wpadłam przypadkowo na hasło BORELIOZA i zaczęłam drążyć temat. Okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła i tym razem.
niedziela, 16 września 2012
środa, 12 września 2012
Zapraszam..
Kochani chciałam Was zaprosić na bloga jednego Anioła - fantastyczna babka, która pomaga choruszkom jak tylko może. Z domu własnego zrobiła "bazę rzeczy potrzebnych" miejsce gdzie wszystko wędruje dalej, do dzieci czy rodzin w pilnej potrzebie.
Może ktoś będzie mógł się włączyć w pomaganie?
Krynia robi naprawdę kawał dobrej roboty!
http://pomagacnadewszystko.blogspot.com/
Pomożecie?
Może ktoś będzie mógł się włączyć w pomaganie?
Krynia robi naprawdę kawał dobrej roboty!
http://pomagacnadewszystko.blogspot.com/
Pomożecie?
wtorek, 11 września 2012
Weterynarz, Laryngolog... dzień jak wiele...
Dzisiaj dzień zwariowany.
Od rana bunt czterolatka - bo juz chyba jakiś niepokój odnośnie wizyty u laryngologa, nie chciał iśc do przedszkola. Ja miałam sporo spraw do załatwienia takich urzędowo-biurowych - zostawiłam go w domu.
Zaczęłam od wizyty u weterynarza - kotek, którego Weronika uratowała gdy był maleńki, który jest pupilkiem ale chorowitkiem, co jest pozostałościa po kocim katarze w pierwszych miesiącach życia znów nam zachorował. Kilka dni temu znalazłam u niego kleszcza - a dostawał krople na te pajęczaki i jeszcze jest pod ochroną. Kleszcz wbił się tuz przy uchu (prawie już wewnątrz, teraz pozostała brzydka ranka, bardzo opuchnięta i brzydko gojąca się). Wczoraj jakby kaszel, trudności w połykaniu... dzisiaj już nie był w stanie zjeść normalnie karmy bo się dławił, co chwila krztusił się śliną jakby miał coś w przewodzie pokarmowym.
Sama psrawdzałam czy tam nic nie ma, ale nie zobaczyłam nic. Co dobre z tych oględzin - nie ma tez nadżerek w pyszczku itp... ale jest chory. Duże zmiany osłuchowe, obrzęk tchawicy i wymaga podania antybiotyków. Dwa zastrzyki dzisiaj, jutro lek w zawiesinie do pyszczka plus tabletki na 5 dni i obserwujemy, czy zadziała.
Ktoś mógłby powiedzieć, że wydaję na kota gdy sama nie mam na leki... ale to nie jest zwykły kot.
To jest KOT mojej Weroniki, co już zmienia jego wartość w naszym pojmowaniu.
Od małego był "przesrany" i Werka ma poczucie, że jest za niego odpowiedzialna bo uratowała mu życie.
Później zaliczyłam urzędy (zaświadczenia, papierki, ksero itd... czyli biurokracja pochłania masę czasu).
Dopełniłam resztę formalności, poprawiłam błędy jakie wyszły przy wysyłce dokumentacji do Fundacji zgłoszenia Weroniki -= teraz wszystko powinno być OK.
Napisałam i zostawiłam gdzie trzeba podanie o dożywianie w szkole dla Weroniki, bo mała chce chodzić z dziećmi na obiady a ja nie zawsze mam by wykupić jej posiłki w szkole. Mam też świadomość, że nie zawsze zje to co podaje stołówka ze względu na jej problemy żywieniowe (nie tylko wrzody ale i jadłowstręt, czy niechęć jedzenia mięsa). Jednak wśród dzieciaków może naprawdę będzie jadła?
Teraz na próbę wykupiłam na tydzień sama - wczoraj zjadła zupę i tylko zupę (była ogórkowa, parówka i pieczywo - bo to obiady jednodaniowe są, a jak zupy to z wkładką) ale i tak sukces bo jej smakowało :)
Mam też wiadomości ze stołówki, że zjadła jak mówiła - samą zupkę, choć nie była pozytywnie nastawiona póki nie zaczęła jeść :P Panie pilnowały :)
Wracając do reszty spraw - wnioski o rodzinne i inne świadczenia złożone. Więc teraz to mam z głowy.
No dobra - załatwione papiery, kot na lekach zostawiony w domu, nakarmiony rozrzedzonym pokarmem :)
Dzieciaki znów zapakowane do samochodu i od nowa w drogę.
Laryngolog - wizyta po niemal 4 miesiącach, ale jest.
Czekałam na tą wizytę licząc, ze może jednak to przerost migdałów...
Doktor zbadała małego bardzo dokładnie, zmierzyła ciśnienie w uszach (kontrola za jakieś pół roku) i niestety - to nie jest przerost migdałków.
Ani trzeci migdał, ani dwa inne nie są powiększone na tyle by kwalifikowały się do zabiegu.
Jego objawy - kaszel, chrapanie, chrypka, katar, wszelkie choroby itd... to alergia i najprawdopodobniej astma oskrzelowa, co podejrzewają od jakiegoś czasu.
JUż wspominałam w którymś poście o tym, bo Kacpi jest na lekach przeciwastmatycznych, wziewach... i bardzo ładnie zareagował na to leczenie. Teraz wykluczyłam migdał, więc...
Jeszcze opcja jedna - immunolog (może te spadki odporności, częste choroby to jakies inne podłoże? ).
Zobaczymy czy skierowanie wreszcie dostanę... może teraz jak mam zaświadczenie od laryngologa, ze to nie migdał...
Żeby się leczyć to trzeba mieś czas, cierpliwość i pieniądze :(
Od rana bunt czterolatka - bo juz chyba jakiś niepokój odnośnie wizyty u laryngologa, nie chciał iśc do przedszkola. Ja miałam sporo spraw do załatwienia takich urzędowo-biurowych - zostawiłam go w domu.
Zaczęłam od wizyty u weterynarza - kotek, którego Weronika uratowała gdy był maleńki, który jest pupilkiem ale chorowitkiem, co jest pozostałościa po kocim katarze w pierwszych miesiącach życia znów nam zachorował. Kilka dni temu znalazłam u niego kleszcza - a dostawał krople na te pajęczaki i jeszcze jest pod ochroną. Kleszcz wbił się tuz przy uchu (prawie już wewnątrz, teraz pozostała brzydka ranka, bardzo opuchnięta i brzydko gojąca się). Wczoraj jakby kaszel, trudności w połykaniu... dzisiaj już nie był w stanie zjeść normalnie karmy bo się dławił, co chwila krztusił się śliną jakby miał coś w przewodzie pokarmowym.
Sama psrawdzałam czy tam nic nie ma, ale nie zobaczyłam nic. Co dobre z tych oględzin - nie ma tez nadżerek w pyszczku itp... ale jest chory. Duże zmiany osłuchowe, obrzęk tchawicy i wymaga podania antybiotyków. Dwa zastrzyki dzisiaj, jutro lek w zawiesinie do pyszczka plus tabletki na 5 dni i obserwujemy, czy zadziała.
Ktoś mógłby powiedzieć, że wydaję na kota gdy sama nie mam na leki... ale to nie jest zwykły kot.
To jest KOT mojej Weroniki, co już zmienia jego wartość w naszym pojmowaniu.
Od małego był "przesrany" i Werka ma poczucie, że jest za niego odpowiedzialna bo uratowała mu życie.
Później zaliczyłam urzędy (zaświadczenia, papierki, ksero itd... czyli biurokracja pochłania masę czasu).
Dopełniłam resztę formalności, poprawiłam błędy jakie wyszły przy wysyłce dokumentacji do Fundacji zgłoszenia Weroniki -= teraz wszystko powinno być OK.
Napisałam i zostawiłam gdzie trzeba podanie o dożywianie w szkole dla Weroniki, bo mała chce chodzić z dziećmi na obiady a ja nie zawsze mam by wykupić jej posiłki w szkole. Mam też świadomość, że nie zawsze zje to co podaje stołówka ze względu na jej problemy żywieniowe (nie tylko wrzody ale i jadłowstręt, czy niechęć jedzenia mięsa). Jednak wśród dzieciaków może naprawdę będzie jadła?
Teraz na próbę wykupiłam na tydzień sama - wczoraj zjadła zupę i tylko zupę (była ogórkowa, parówka i pieczywo - bo to obiady jednodaniowe są, a jak zupy to z wkładką) ale i tak sukces bo jej smakowało :)
Mam też wiadomości ze stołówki, że zjadła jak mówiła - samą zupkę, choć nie była pozytywnie nastawiona póki nie zaczęła jeść :P Panie pilnowały :)
Wracając do reszty spraw - wnioski o rodzinne i inne świadczenia złożone. Więc teraz to mam z głowy.
No dobra - załatwione papiery, kot na lekach zostawiony w domu, nakarmiony rozrzedzonym pokarmem :)
Dzieciaki znów zapakowane do samochodu i od nowa w drogę.
Laryngolog - wizyta po niemal 4 miesiącach, ale jest.
Czekałam na tą wizytę licząc, ze może jednak to przerost migdałów...
Doktor zbadała małego bardzo dokładnie, zmierzyła ciśnienie w uszach (kontrola za jakieś pół roku) i niestety - to nie jest przerost migdałków.
Ani trzeci migdał, ani dwa inne nie są powiększone na tyle by kwalifikowały się do zabiegu.
Jego objawy - kaszel, chrapanie, chrypka, katar, wszelkie choroby itd... to alergia i najprawdopodobniej astma oskrzelowa, co podejrzewają od jakiegoś czasu.
JUż wspominałam w którymś poście o tym, bo Kacpi jest na lekach przeciwastmatycznych, wziewach... i bardzo ładnie zareagował na to leczenie. Teraz wykluczyłam migdał, więc...
Jeszcze opcja jedna - immunolog (może te spadki odporności, częste choroby to jakies inne podłoże? ).
Zobaczymy czy skierowanie wreszcie dostanę... może teraz jak mam zaświadczenie od laryngologa, ze to nie migdał...
Żeby się leczyć to trzeba mieś czas, cierpliwość i pieniądze :(
czwartek, 6 września 2012
Artykuł - wywiad o naszej walce :)
Wczoraj późnym wieczorem został opublikowany artykuł - wywiad, który opowiada o naszej walce z chorobami.
Zapraszam serdecznie do czytania, zostawiania komentarzy i oczywiście pomocy.
Pamiętajcie - każdy może pomóc... wystarczy chcieć.
Ja sama staram się na tyle ile moge posyłać dobro dalej, by nie przerywać tego "łańcuszka dobrego serducha".
Jedynie jak ja mogę się odwdzięczyć to np przekazać leki, które mi nie służyły czy już ich nie wykorzystam dalej - przekazałam dla Hospicjum bo tam zostaną wykorzystane. Przekazuję ubranka po dzieciach czy swoje - ja wiem gdzie posłać i gdzie nawet drobna koszulka wywołuje uśmiech na buziach dzieci.
Moje dzieci sa nauczone dzielić się tym co mają - same dostają czasami zabawki, szanują je... ale gdy szykujemu paczuszkę z ciuszkami zawsze dokładają choć małą zabawkę stosownie do wieku czy płci dzieciaczka.
Koniec podnoszenia własnego ego...
Oto link do artykułu na portalu:
Zapraszam do przeczytania :)
Zapraszam serdecznie do czytania, zostawiania komentarzy i oczywiście pomocy.
Pamiętajcie - każdy może pomóc... wystarczy chcieć.
Ja sama staram się na tyle ile moge posyłać dobro dalej, by nie przerywać tego "łańcuszka dobrego serducha".
Jedynie jak ja mogę się odwdzięczyć to np przekazać leki, które mi nie służyły czy już ich nie wykorzystam dalej - przekazałam dla Hospicjum bo tam zostaną wykorzystane. Przekazuję ubranka po dzieciach czy swoje - ja wiem gdzie posłać i gdzie nawet drobna koszulka wywołuje uśmiech na buziach dzieci.
Moje dzieci sa nauczone dzielić się tym co mają - same dostają czasami zabawki, szanują je... ale gdy szykujemu paczuszkę z ciuszkami zawsze dokładają choć małą zabawkę stosownie do wieku czy płci dzieciaczka.
Koniec podnoszenia własnego ego...
Oto link do artykułu na portalu:
Zapraszam do przeczytania :)
wtorek, 4 września 2012
Zioła - ciiii...
Tak w kilku słowach tylko napiszę, że od swoich ziółek nie odstępuję.
Piję je zawzięcie i już nawet smak nie jest tak okropny.
Efekty - niestety tylko te bólowe, jakieś herxowe efekty specjalne jak szumy i piski w uszach, dziwne mrowienia, bóle wędrujące.
W sumie to piję je tydzień z małym kawałkiem - moim zdaniem zbyt krótko by oceniać cokolwiek.
To nie ABX, które działają niemal natychmiast w przypadku np anginy (bo na Borelkę tez działają po czasie, nie od razu).
Wiem, że coś się dzieje bo są rekacje. Zresztą nie zaszkodze sobie bardziej, niż nic nie robiąc... a na chwilę obecną nie czuję się na siłach by wrócić do ABX.
Di ziółek i tych herbatek oczyszczających próbuję włączyć kalinę, na sprawy kobiece tylko jakoś opornie mi ona wchodzi (nie chodzi nawet o smak, ale na żołądku mi jakoś ciężko z nią... więc stopniowo i lżejszy napar robię).
Rwę również czeremchę - zrobiłam sok z owoców na zimę, bo to naprawdę bogate źródło witamin i cennych składników. Sama piję herbatkę z liści i gałązek - smak mało ciekawy ale... ale ciiii, żeby nic nie zapeszać, a ja wracam do swoich kubeczków, kropelek, nalewek...
No to chlup!!! Na zdrowie i za zdrowie Wasze i moje :)
Piję je zawzięcie i już nawet smak nie jest tak okropny.
Efekty - niestety tylko te bólowe, jakieś herxowe efekty specjalne jak szumy i piski w uszach, dziwne mrowienia, bóle wędrujące.
W sumie to piję je tydzień z małym kawałkiem - moim zdaniem zbyt krótko by oceniać cokolwiek.
To nie ABX, które działają niemal natychmiast w przypadku np anginy (bo na Borelkę tez działają po czasie, nie od razu).
Wiem, że coś się dzieje bo są rekacje. Zresztą nie zaszkodze sobie bardziej, niż nic nie robiąc... a na chwilę obecną nie czuję się na siłach by wrócić do ABX.
Di ziółek i tych herbatek oczyszczających próbuję włączyć kalinę, na sprawy kobiece tylko jakoś opornie mi ona wchodzi (nie chodzi nawet o smak, ale na żołądku mi jakoś ciężko z nią... więc stopniowo i lżejszy napar robię).
Rwę również czeremchę - zrobiłam sok z owoców na zimę, bo to naprawdę bogate źródło witamin i cennych składników. Sama piję herbatkę z liści i gałązek - smak mało ciekawy ale... ale ciiii, żeby nic nie zapeszać, a ja wracam do swoich kubeczków, kropelek, nalewek...
No to chlup!!! Na zdrowie i za zdrowie Wasze i moje :)
Elektrostymulator.
No to mam...
Po wielkich przebojach - długim oczekiwaniu nareszcie przyjechał.
Kupiłam go na fakturę pro-forma na Fundację - czyli z subkonta pieniążki miały pokryć koszt zakupu sprzętu. Niestety trwało to dość długo - najpierw księgowano faktury (dwa tygodnie od wysłania, już się martwiłam że list zaginął), później musiałam poczekać na swoją kolej by zapłacono pieniążki do sklepu...
Wczoraj już nerwowo gnębiłam sklep czy otrzymali wpłatę, bo ja mam na minusie tą kwotę od kilku dni - ale w południe zaksięgowano pieniążki i już wczoraj nadano kurierem.
Więc mogę Wam przedstawić swojego pomocnika (masażystę, trenera :P
Mój elektrostymulator
Mam dokładnie taki jak w tym linku.
Nie byłabym sobą gdybym od razu nie sprawdziła czy działa :P
Przeczytałam - pobieżnie instrukcję i do dzieła.
No a jak - zaczęłam od przyjemności czyli masaż :P
Gdyby nie to, że musiałam jechać po Kacpra do przedszkola to mogłabym tak leżeć i poddawać się tym pieszczotom wszelakim. Uchm..... coś niesamowitego :P
No ale przecież zakupiłam go nie tylko dal przyjemności i relaksacji wszelakiej - mam ćwiczyć mięśnie, pobudzać je do pracy i zmuszać do tego, czego dobrowolnie nie chcą robić. Niestety moje zaniki są duże i mięśnie nie na każdy prąd reagują, ale niektóre mniej odnerwione poddają się (nie muszę ustawiać max natężenia).
Jest tych programów bardzo dużo, więc na razie, początek niby miał być delikatny... taki wdrażający itd...
tylko czemu ja jestem po tym zabiegu zwanym treningiem taka zmęczona?
Poważnie - siedziałam, podłączyłam elektrody do nóg, potem ręce i czuję się jakbym na szpadlu troszkę poskakała w ogródku wczesną wiosną... Wcale natężenie nie było duże - tzn ustawiłam tak by lekko mięśnie drgały, ale nie skręcały się :P
Jak na pierwsze użycie i porównanie z tym co miałam na rehabilitacji to jestem całkiem zadowolona.
Dlatego jeszcze bardziej chciałam podziękować tym Wszystkim dobrym ludziom, którzy kupili coś na moim allegro oraz tym, którzy podarowali fanty na aukcje.
Stymulator kupiłam właśnie dzięki aukcjom.
Po wielkich przebojach - długim oczekiwaniu nareszcie przyjechał.
Kupiłam go na fakturę pro-forma na Fundację - czyli z subkonta pieniążki miały pokryć koszt zakupu sprzętu. Niestety trwało to dość długo - najpierw księgowano faktury (dwa tygodnie od wysłania, już się martwiłam że list zaginął), później musiałam poczekać na swoją kolej by zapłacono pieniążki do sklepu...
Wczoraj już nerwowo gnębiłam sklep czy otrzymali wpłatę, bo ja mam na minusie tą kwotę od kilku dni - ale w południe zaksięgowano pieniążki i już wczoraj nadano kurierem.
Więc mogę Wam przedstawić swojego pomocnika (masażystę, trenera :P
Mój elektrostymulator
Mam dokładnie taki jak w tym linku.
Nie byłabym sobą gdybym od razu nie sprawdziła czy działa :P
Przeczytałam - pobieżnie instrukcję i do dzieła.
No a jak - zaczęłam od przyjemności czyli masaż :P
Gdyby nie to, że musiałam jechać po Kacpra do przedszkola to mogłabym tak leżeć i poddawać się tym pieszczotom wszelakim. Uchm..... coś niesamowitego :P
No ale przecież zakupiłam go nie tylko dal przyjemności i relaksacji wszelakiej - mam ćwiczyć mięśnie, pobudzać je do pracy i zmuszać do tego, czego dobrowolnie nie chcą robić. Niestety moje zaniki są duże i mięśnie nie na każdy prąd reagują, ale niektóre mniej odnerwione poddają się (nie muszę ustawiać max natężenia).
Jest tych programów bardzo dużo, więc na razie, początek niby miał być delikatny... taki wdrażający itd...
tylko czemu ja jestem po tym zabiegu zwanym treningiem taka zmęczona?
Poważnie - siedziałam, podłączyłam elektrody do nóg, potem ręce i czuję się jakbym na szpadlu troszkę poskakała w ogródku wczesną wiosną... Wcale natężenie nie było duże - tzn ustawiłam tak by lekko mięśnie drgały, ale nie skręcały się :P
Jak na pierwsze użycie i porównanie z tym co miałam na rehabilitacji to jestem całkiem zadowolona.
Dlatego jeszcze bardziej chciałam podziękować tym Wszystkim dobrym ludziom, którzy kupili coś na moim allegro oraz tym, którzy podarowali fanty na aukcje.
Stymulator kupiłam właśnie dzięki aukcjom.
sobota, 1 września 2012
1 wrzesień... ale dzień energetyczny!!!
Ale dzisiaj piękny dzień... i to wcale nie chodzi mi o pogodę, bo ta iście barowa od samego ranka.Do tego dzisiaj 1 dzień miesiąca (czyżby cały taki się zapowiadał?)...
Od rana na alle moim charytatywnym miły ruch (jak ja się cieszę z każdego maila od allegro, po za tymi o rozliczeniach miesięcznych czy przypomnieniu, że kończy mi się status i muszę przedłużyć...) - sprzedałam paseczek, licytuje się czekoladowe foundee i poszedł zielony szal który został do dalszej licytacji (Monika - wielkie dzięki!!!).
Ja ostatnio uskładałam i dzisiaj przekazałam kilka drobiazgów po dzieciakach wspaniałym duszyczkom, co sprawiło mi wiele radości, że i ja mogłam choć w takim niewielkim wymiarze ale wywołac usmiech na czyjejś buźce. Sama otrzymuję pomoc w postaci fantów na alle (o czym zaraz też napiszę) czy nawet ciuszków na moje kochane stworki, które rosną ostatnio w zastraszającym tempie - więc gdy sama mogę komuś coś podarować to moje serducho się cieszy ich radością.
P
Od rana na alle moim charytatywnym miły ruch (jak ja się cieszę z każdego maila od allegro, po za tymi o rozliczeniach miesięcznych czy przypomnieniu, że kończy mi się status i muszę przedłużyć...) - sprzedałam paseczek, licytuje się czekoladowe foundee i poszedł zielony szal który został do dalszej licytacji (Monika - wielkie dzięki!!!).
Ja ostatnio uskładałam i dzisiaj przekazałam kilka drobiazgów po dzieciakach wspaniałym duszyczkom, co sprawiło mi wiele radości, że i ja mogłam choć w takim niewielkim wymiarze ale wywołac usmiech na czyjejś buźce. Sama otrzymuję pomoc w postaci fantów na alle (o czym zaraz też napiszę) czy nawet ciuszków na moje kochane stworki, które rosną ostatnio w zastraszającym tempie - więc gdy sama mogę komuś coś podarować to moje serducho się cieszy ich radością.
P
o za tym przyjechało całkiem sporo nakrętek dzięki nieocenionej jak zawsze Małgorzata Robak i Krzysiowi, który wozi to wszystko :)
Nie wiem jak ja się im kiedykolwiek odwdzięczę... Ech, oni nawet nie wiedzą jak bardzo pomagają.
Kiedy już usiadłam, by podzielić się z Wami tą pozytywną energią to Beata - taka super babka przytargała mi kilka toreb (!) książek, ślicznych ciuchów, bibelotów, i innych fantów na aukcje :)))) Zanim wszystko rozpakowałam to Weronika dobrała się i zawinęła w błyskawicznym tempie figurki jakieś naszyjniki, sama nie wiem co jeszcze :)
Jak na jeden dzień to strasznie dużo pozytywnych niespodzianek - bo wstając rano nic takiego nie było przewidziane na tego pamiętnego 1 września :)))
Nie wiem jak ja się im kiedykolwiek odwdzięczę... Ech, oni nawet nie wiedzą jak bardzo pomagają.
Kiedy już usiadłam, by podzielić się z Wami tą pozytywną energią to Beata - taka super babka przytargała mi kilka toreb (!) książek, ślicznych ciuchów, bibelotów, i innych fantów na aukcje :)))) Zanim wszystko rozpakowałam to Weronika dobrała się i zawinęła w błyskawicznym tempie figurki jakieś naszyjniki, sama nie wiem co jeszcze :)
Jak na jeden dzień to strasznie dużo pozytywnych niespodzianek - bo wstając rano nic takiego nie było przewidziane na tego pamiętnego 1 września :)))
Wręcz odwrotnie - samopoczucie moje zapowiadało dzień gdy już rano marzę o tym by był wieczór... dzieci będą spały i będę mogła odpocząć.
A tu proszę - jakby ktoś odczarował mimo pogody wszystko :))
Naprawdę życie jest pełne niespodzianek i wiele aniołów kryje się w zwykłych ludziach.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Zioła... ziółka z nich takie :)
Wczoraj nalewka i oczyszczanie organizmu, by przygotować się do reszty...
Było ciekawie, tzn działo sie to i owo... a to oznacza, że organizm reaguje na zioła, że są bakterie które ulegają ich sile, że warto spróbować tej drogi...
Zaparzyła, a raczej zrobiłam odwar (czyli gotowałam ok 20 minut na bardzo wolnym ogniu pod przykryciem) z mieszanki ziółek. Zostawiłam to wszystko w garnku - bo od razu ugotowałam na dwa dni jak mam pozwolenie i wskazówki od "ZIELARKI" która ma większe pojęcie o tych roślinkach niż ja.
Spokojnie - nie jest to Baba Jaga z Chatki w lesie...
Ziółka ugotowanie, mam przechowywać w lodówce - nie odlewać ich, tak lepiej naciągają... no i faktycznie naciągnęły mocno!!! Takiego naparu mimo, że nie wsypałam tak dużo jak mi sie wydawało... nie byłam w stanie wypić , musiałam rozcieńczyć wodą (od razu ogrzałam napar dodając ciepłej wody). Piję to z dodatkiem specjalnej nalewki - innej, niż ta co wczoraj na rozpoczęcie. Do tych ziółek dojdą jeszcze kropelki ze szczeci które będę zwiększała codziennie o jedną kropelkę.
Dzisiaj bez szczeci wypiłam szklaneczkę... niestety musiałam dosłodzić (użyłam stevi, bo cukru już od dawna nie używam), choć wiem że nie powinnam... może jak już opanuję smak ziół to i dojde do niesłodzenia...
Ziółka na oczyszczanie, odblokowanie arterii i poprawę funkcji mózgu udało sie mi wypić nie dosładzane.
Nalewki są na alkoholu, mimo że dodaję ich dosłownie ok 10 ml na szklankę (u mnie jest to kubek czyli ok 300 ml) to smak wyczuwam i mnie skręca. Ja naprawdę źle znoszę alkohol, jeszcze wino dobre ujdzie... ale nie wódka. W połączeniu z ziołami smak ma "oryginalny" ale mam nadzieję, że przyzwyczaję się.
Przecież to dla zdrowia... ech.
Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić - zielonej herbaty tez nie lubiłam a potem tylko zielona i czerwona :) Niestety jakość ma znaczenie i zwykłej, marketowej ekspresówki za grosze nadal nie pijam, bo potem boli mnie żołądek. Dobra zielona herbatka... nie ma porównania w smaku oraz działaniu.
Teraz nie wiem czy w ciągu dnia starczy mi pojemności na dodatkowe szklaneczki, bo 3x ziółka na Borelkę, potem oczyszczające ze dwa razy... a jeszcze i kawkę czasami bo kocham kawę...
Czyli cały dzień będę pić :P
Było ciekawie, tzn działo sie to i owo... a to oznacza, że organizm reaguje na zioła, że są bakterie które ulegają ich sile, że warto spróbować tej drogi...
Zaparzyła, a raczej zrobiłam odwar (czyli gotowałam ok 20 minut na bardzo wolnym ogniu pod przykryciem) z mieszanki ziółek. Zostawiłam to wszystko w garnku - bo od razu ugotowałam na dwa dni jak mam pozwolenie i wskazówki od "ZIELARKI" która ma większe pojęcie o tych roślinkach niż ja.
Spokojnie - nie jest to Baba Jaga z Chatki w lesie...
Ziółka ugotowanie, mam przechowywać w lodówce - nie odlewać ich, tak lepiej naciągają... no i faktycznie naciągnęły mocno!!! Takiego naparu mimo, że nie wsypałam tak dużo jak mi sie wydawało... nie byłam w stanie wypić , musiałam rozcieńczyć wodą (od razu ogrzałam napar dodając ciepłej wody). Piję to z dodatkiem specjalnej nalewki - innej, niż ta co wczoraj na rozpoczęcie. Do tych ziółek dojdą jeszcze kropelki ze szczeci które będę zwiększała codziennie o jedną kropelkę.
Dzisiaj bez szczeci wypiłam szklaneczkę... niestety musiałam dosłodzić (użyłam stevi, bo cukru już od dawna nie używam), choć wiem że nie powinnam... może jak już opanuję smak ziół to i dojde do niesłodzenia...
Ziółka na oczyszczanie, odblokowanie arterii i poprawę funkcji mózgu udało sie mi wypić nie dosładzane.
Nalewki są na alkoholu, mimo że dodaję ich dosłownie ok 10 ml na szklankę (u mnie jest to kubek czyli ok 300 ml) to smak wyczuwam i mnie skręca. Ja naprawdę źle znoszę alkohol, jeszcze wino dobre ujdzie... ale nie wódka. W połączeniu z ziołami smak ma "oryginalny" ale mam nadzieję, że przyzwyczaję się.
Przecież to dla zdrowia... ech.
Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić - zielonej herbaty tez nie lubiłam a potem tylko zielona i czerwona :) Niestety jakość ma znaczenie i zwykłej, marketowej ekspresówki za grosze nadal nie pijam, bo potem boli mnie żołądek. Dobra zielona herbatka... nie ma porównania w smaku oraz działaniu.
Teraz nie wiem czy w ciągu dnia starczy mi pojemności na dodatkowe szklaneczki, bo 3x ziółka na Borelkę, potem oczyszczające ze dwa razy... a jeszcze i kawkę czasami bo kocham kawę...
Czyli cały dzień będę pić :P
sobota, 25 sierpnia 2012
Nowy etap leczenia... ZIOŁA
Ten tydzień był wyczerpujący dla mnie.
Koniec anginy - uff... Astma lekko znów się zaostrzyła, ale to wina stresu jak podejrzewam.
W poniedziałek miałam zabieg ginekologiczny.
O 7 stawiłam się na oddziale, na czczo jak kazali, z wszystkimi papierami i niewielką torbą.
Położono mnie na sali, pobrano krew i czekałam... Przyszedł lekarz i dowiedziałam się, że ok 11 powinnam zostać wezwana na blok operacyjny. Czekałam i czekałam... i sie nie doczekałam, bo kobieta przede mną wróciła z bloku i mieli jakiś nagły przypadek, więc musiałam poczekać.
O godz 14 podłączono mi kroplówki bo ani pić mi nie wolno, jeść tym bardziej... i już mi "język kołkiem stawał" bo było dość ciepło.
Ok 16 zobaczyłam innego lekarza, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu tego, który prowadził moją ciążę (jeździłam do niego specjalnie, bo jest dobrym specjalistą moim zdaniem, zreszta poleconym przez kilka osób)... Na bloku już nie tylko mnie poznał, to pamiętał że prowadził moją ciążę, że gdzieś 4 lata temu urodziłam, że mam starszą córkę (pomylił sie lekko z jej wiekiem bo dał jej 12 lat, ale ona wygląda na młodszą :PPP) ... jednym słowem byłam totalnie zaskoczona spotkaniem i doskonałą pamięcią doktora.
Położyli na stole, podłączyli mi wszystko i nagle nie pamiętam nic.
Po zabiegu obudziłam się i jedynie nieprzyjemny ból brzucha dał znać, że już po wszystkim.
Zabieg był rozleglejszy niż się spodziewałam (wyszły inne kwiatki podczas zabiegu). Teraz czekam na wyniki histopatologiczne. Lekarz gdy przyszedł sprawdzić czy wszystko ok, to pytałam go o to czy jest ok... no i nie wiem. polipem mam się nie martwić tak, a reszta... jak będa wyniki to porozmawiamy.
Martwię się i mam powody, bo jestem z grupy dość wysokiego ryzyka (moja mam miała raka narządów kobiecych, babcia taka piersi co rzutuje na obciążenie wywiadu genetycznego).
Ale gdybanie nic nie da - bo wróżenie z fusów da taki sam efekt... może to nic niepokjącego, może to tylko endometrium... może... no właśnie.
Wróciłam do domu tego samego dnia ok 20.30. Zalecenia - nie przemęczać się, nie dźwigać itd...
Kacper przywitał mnie bardzo brzydkim kaszlem (duszący, ale jakby miał gdzieś zalegający śluz).
Pojechałam rano do pediatry i po antybiotyku spadek odporności, osłuchowo zaostrzony szmer oskrzelowy. Mam inhalować Mucosolvanem rano i po obiedzie, a wieczorem podwójna dawka Pulmicortu - czyli 0,5 na jeden raz.
Niestety dzisiaj sobota a kaszel dalej się pojawia - nie ma go cały czas, ale jest chwilami.
Ja natomiast dochodzę do siebie, ból juz minął... jest ok.
Inne dolegliwości dają w kość, tzn bóle stawów i kości, ból głowy... ale to moje borelkowe dolegliwości.
Dłużej nie będę ich spychać na skraj świadomości, bo tylko nasilają się i coraz częściej męczą.
Niestety do antybiotyków na razie wracać nie chcę, bo wątroba, nerki... no i grzybek.
Nawiązałam kontakt i zaczynam leczenie ziołami.
Dzisiaj jest przygotowanie terenu - nalewka z wodą Zuber (swoją drogą ta woda to straszne świńatwo, ble.... zapach to jedno, ale zatkanie nosa nie pomaga, bo smak jest taki sam). Nalewka ma dać popalić bakteriom... potem trzeba wydalić z organizmu to co toksyczne - łyknęłam oleju rycynowego... i zaczynam przyjaźń z toaletą :)
Moja terapia to mieszanka ziół do picia, nalewka, szczeć ... do tego herbatki z mieszanek ziół oczyszczających.
Kacperkowi na dolegliwości kaszlowe podaję lekką herbatkę ziołową drugi dzień, niestety on nie jest chętny do picia więc na razie odrobinę mieszam z normalną herbatą i tak sobie popija. Samych ziół nie chciał za nic wypić - od razu ma odruch wymiotny jak przy niektórych syropach.
Ostatnio poświęcam sporo czasu i zgłębiam tajniki ziół, fititerapii... może naprawdę uda mi się pomóc swojemu organizmowi siłą natury? Zioła mają ogromną moc i jeśli nie spróbuję to nie będę wiedziała czy na mnie to działa... Trzymajcie mocno kciuki bym wytrwała i żeby zadziałały.
Zostawiam zainteresowanym link gdzie jest bardzo dużo opracowań na temat ziół i boreliozy.
Dr Różański ma wiedzę i doświadczenie w leczeniu bardzo wielu chorób.
Dla mnie to kopalnia wiedzy i informacji:
Na temat Boreliozy u dr Różańskiego
Ps.
Po zażyciu nalewki rano pojawiły sie silne bóle wędrujące, ścięgna achillesa rwały jak na Cipronexie. Pojawił się ból w klatce (nie umiem go określić nawet) i bolała mnie kość ogonowa tak, że noga drętwiała do palców. To wszystko wyróżniłam z innych odczuć, dlatego że sa to doznania "świeże" albo dawno ich nie było. Pierwsze co to takie jakby oszołomienie, ból nadgarstków i kostek, ból za okiem, szum w uszach ale to wszystko pojawiało się ostatnio często więc nie wiązałam akurat wystąpienia z przyjęciem nalewki.
Coś na pewno się zadziało...
Koniec anginy - uff... Astma lekko znów się zaostrzyła, ale to wina stresu jak podejrzewam.
W poniedziałek miałam zabieg ginekologiczny.
O 7 stawiłam się na oddziale, na czczo jak kazali, z wszystkimi papierami i niewielką torbą.
Położono mnie na sali, pobrano krew i czekałam... Przyszedł lekarz i dowiedziałam się, że ok 11 powinnam zostać wezwana na blok operacyjny. Czekałam i czekałam... i sie nie doczekałam, bo kobieta przede mną wróciła z bloku i mieli jakiś nagły przypadek, więc musiałam poczekać.
O godz 14 podłączono mi kroplówki bo ani pić mi nie wolno, jeść tym bardziej... i już mi "język kołkiem stawał" bo było dość ciepło.
Ok 16 zobaczyłam innego lekarza, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu tego, który prowadził moją ciążę (jeździłam do niego specjalnie, bo jest dobrym specjalistą moim zdaniem, zreszta poleconym przez kilka osób)... Na bloku już nie tylko mnie poznał, to pamiętał że prowadził moją ciążę, że gdzieś 4 lata temu urodziłam, że mam starszą córkę (pomylił sie lekko z jej wiekiem bo dał jej 12 lat, ale ona wygląda na młodszą :PPP) ... jednym słowem byłam totalnie zaskoczona spotkaniem i doskonałą pamięcią doktora.
Położyli na stole, podłączyli mi wszystko i nagle nie pamiętam nic.
Po zabiegu obudziłam się i jedynie nieprzyjemny ból brzucha dał znać, że już po wszystkim.
Zabieg był rozleglejszy niż się spodziewałam (wyszły inne kwiatki podczas zabiegu). Teraz czekam na wyniki histopatologiczne. Lekarz gdy przyszedł sprawdzić czy wszystko ok, to pytałam go o to czy jest ok... no i nie wiem. polipem mam się nie martwić tak, a reszta... jak będa wyniki to porozmawiamy.
Martwię się i mam powody, bo jestem z grupy dość wysokiego ryzyka (moja mam miała raka narządów kobiecych, babcia taka piersi co rzutuje na obciążenie wywiadu genetycznego).
Ale gdybanie nic nie da - bo wróżenie z fusów da taki sam efekt... może to nic niepokjącego, może to tylko endometrium... może... no właśnie.
Wróciłam do domu tego samego dnia ok 20.30. Zalecenia - nie przemęczać się, nie dźwigać itd...
Kacper przywitał mnie bardzo brzydkim kaszlem (duszący, ale jakby miał gdzieś zalegający śluz).
Pojechałam rano do pediatry i po antybiotyku spadek odporności, osłuchowo zaostrzony szmer oskrzelowy. Mam inhalować Mucosolvanem rano i po obiedzie, a wieczorem podwójna dawka Pulmicortu - czyli 0,5 na jeden raz.
Niestety dzisiaj sobota a kaszel dalej się pojawia - nie ma go cały czas, ale jest chwilami.
Ja natomiast dochodzę do siebie, ból juz minął... jest ok.
Inne dolegliwości dają w kość, tzn bóle stawów i kości, ból głowy... ale to moje borelkowe dolegliwości.
Dłużej nie będę ich spychać na skraj świadomości, bo tylko nasilają się i coraz częściej męczą.
Niestety do antybiotyków na razie wracać nie chcę, bo wątroba, nerki... no i grzybek.
Nawiązałam kontakt i zaczynam leczenie ziołami.
Dzisiaj jest przygotowanie terenu - nalewka z wodą Zuber (swoją drogą ta woda to straszne świńatwo, ble.... zapach to jedno, ale zatkanie nosa nie pomaga, bo smak jest taki sam). Nalewka ma dać popalić bakteriom... potem trzeba wydalić z organizmu to co toksyczne - łyknęłam oleju rycynowego... i zaczynam przyjaźń z toaletą :)
Moja terapia to mieszanka ziół do picia, nalewka, szczeć ... do tego herbatki z mieszanek ziół oczyszczających.
Kacperkowi na dolegliwości kaszlowe podaję lekką herbatkę ziołową drugi dzień, niestety on nie jest chętny do picia więc na razie odrobinę mieszam z normalną herbatą i tak sobie popija. Samych ziół nie chciał za nic wypić - od razu ma odruch wymiotny jak przy niektórych syropach.
Ostatnio poświęcam sporo czasu i zgłębiam tajniki ziół, fititerapii... może naprawdę uda mi się pomóc swojemu organizmowi siłą natury? Zioła mają ogromną moc i jeśli nie spróbuję to nie będę wiedziała czy na mnie to działa... Trzymajcie mocno kciuki bym wytrwała i żeby zadziałały.
Zostawiam zainteresowanym link gdzie jest bardzo dużo opracowań na temat ziół i boreliozy.
Dr Różański ma wiedzę i doświadczenie w leczeniu bardzo wielu chorób.
Dla mnie to kopalnia wiedzy i informacji:
Na temat Boreliozy u dr Różańskiego
Ps.
Po zażyciu nalewki rano pojawiły sie silne bóle wędrujące, ścięgna achillesa rwały jak na Cipronexie. Pojawił się ból w klatce (nie umiem go określić nawet) i bolała mnie kość ogonowa tak, że noga drętwiała do palców. To wszystko wyróżniłam z innych odczuć, dlatego że sa to doznania "świeże" albo dawno ich nie było. Pierwsze co to takie jakby oszołomienie, ból nadgarstków i kostek, ból za okiem, szum w uszach ale to wszystko pojawiało się ostatnio często więc nie wiązałam akurat wystąpienia z przyjęciem nalewki.
Coś na pewno się zadziało...
sobota, 18 sierpnia 2012
Leczymy się... kurujemy!!!
Jakby nie było to o swojej rodzinie mogłabym napisać książkę medyczną chyba.
W poniedziałek Kacperek leciał przez ręce, gorączka taka że widział kolorowe żyrafy, latające słonie... majaczył jednym słowem, a ja co odrobinę zbiłam temperaturę do 39 stopni ta znów rosła.
Pediatra nie wiedział co to jest (może angina bo gardło zmienione, ale jeszcze nalotów nie było, a może zapalenie dróg moczowych... bo oskrzela zaostrzony szmer ale on astmatyk to tak może mieć i jedynie wziewy). Dostaliśmy skierowanie na badania - morfologia bardzo zła, przesunięcia w rozmazie, leukocyty wysokie sporo ponad normę, anemia, CRP ponad 40 a norma od 0 do 5. No i badanie moczy nie ciekawe (białko, krwinki czerwone, bakterie itp). Jednym słowem silny stan zapalny - więc antybiotyk bo to nie wirus. Dostał silny antybiotyk, ma wybrać dwa opakowania ale już jest lepiej.
Razem z nim Weronia się rozkładała, ale ona miała gardło jak w wirusówce. W czwartek wymioty, mdlała... wszystko bolało, gorączka... więc jazda do pediatry od nowa. Powikłania u niej bo uszy bolą, gardło brzydkie choć jeszcze nie angina... ale wczoraj już były naloty i czopy na migdałkach. Ona również na antybiotyku (ja dzisiaj widzę poprawę więc jest lepiej mimo, że przełykać nie może).
Żeby nie było zbyt lekko gdy wróciłam do domu z Werką w czwartek od pediatry nie czułam się najlepiej (w aptece zapobiegawczo wzięłam różne przeciw grypowe, bo ostatnio wszystko poszło z domowych zapasów), do wieczora mnie rozłożyło na maxa. Gorączka bardzo wysoka, dreszcze itd... to wzięłam co miałam od grypy i do łóżeczka, soczek malinowy, zapas suchych ubrań... i poduszka elektryczna bo mnie trzęsło niemiłosiernie.
Wszystko było dobrze, ale miałam umówioną wizytę u pulmonologa na 13 - od rana wzięłam leki, było jakby lepiej... tylko gardło drapało byłam osłabiona... no i wizyta ważna bo to ustawienie leków astmatycznych.
Niestety poprawa nie jest taka jak powinna być. Mam zmienione leki częściowo i dawki zwiększone, dołożone nowe... znów reklamówka duża. Wieczorem gardło dosłownie zaczęło mnie rwać a tak sajgon... ANGINA jak nic. Jazda na pogotowie bo już do ogólnego za późno a sama nie chciałam z antybiotykiem celować. Miałam w domu Unidox jeszcze ale nie wiedziałam czy on na te bakterie działa, itd...
Pani doktor potwierdziła anginę, wytłumaczyłam że brałam w dużych dawkach ostatnio takie i takie leki (leczenie borelki), powiedziałam o astmie i jakie mam leki przepisane... dostałam receptę.
Jakież było moje zdziwienie w aptece gdy za antybiotyk miałam zapłacić 50 zł niemal, bo nie mam zniżki!!!
Wróciłam na pogotowie z pytaniem czemu (ja nie mam już takich zapasów finansowych, leczenie dzieci i ich leki, moje leki astmatyczne wykupiłam w południe ponad 100zł, leki od grypy... poszło naprawdę dużo jak dla mnie w jednym tygodniu dosłownie na same leki).
Podobno bez wymazu nie może mi przepisać leku ze zniżką.
Poprosiłam o coś tańszego w takim razie - ale Unidox i Cipronex podobno odpada jak brałam ostatnio.
Szukała i szukała... i w końcu spytałam czy ten Unidox na anginę mógłby być, bo mam go w domu.
Kazała mi brać i jeśli w ciągu trzech dni nie będzie poprawy to do lekarza POZ po inny... tylko ja w poniedziałek mam zabieg.
Dzwoniłam w piątek rano na oddział żeby przełożyć, ale pielęgniarka stwierdziła że może wyzdrowieję... żebym przyjechała rano na czczo to się zobaczy. Tłumaczyłam, że mam gorączkę, ostra infekcja itd...
Zobaczymy czy mnie zakwalifikują... tylko najgorsze, że jeśli nie to Marek straci urlop a ja zabieg i tak muszę mieć najwyżej w innym terminie.
Boję się trochę bo to jednak narkoza itd... no potem ten czas oczekiwania na wyniki histopatologiczne.
Trzymajcie kciuki...
Co do mojego leczenia - gdy wrócę ze szpitala przechodzę na zioła.
Podjęłam już decyzję, że spróbuję siły natury w walce z tym dziadostwem.
Może będą mnie mniej wyniszczały, może będę reagowała na nie.
Pierwszy miesiąc to taki test bo wierzę w zioła ale czy mój organizm zareaguje... tego nie wie ikt.
Muszę coś zrobić, muszę walczyć... a ABX ostatnio szarpnęły ni wątrobę i chyba nerki troszkę nadwyrężyły. Może to wina toksyn... Nie mówię już o tym jak szarpnęły kieszenią (raczej saldo na subkoncie skurczyło się dość mocno).
W środki na leczenie walczę, walczę zawzięcie. Wystawiam cały czas aukcje...
Ostatnio wrzuciłam paski, paseczki... naprawdę wiele pięknych rzeczy.
Piękne szale i szaliki.
Jeszcze mam trochę do wystawienia apaszek i chust, ale muszę sił nabrać.
Sami zobaczcie jakie cacuszka :))))
moje aukcje charytatywne allegro
W poniedziałek Kacperek leciał przez ręce, gorączka taka że widział kolorowe żyrafy, latające słonie... majaczył jednym słowem, a ja co odrobinę zbiłam temperaturę do 39 stopni ta znów rosła.
Pediatra nie wiedział co to jest (może angina bo gardło zmienione, ale jeszcze nalotów nie było, a może zapalenie dróg moczowych... bo oskrzela zaostrzony szmer ale on astmatyk to tak może mieć i jedynie wziewy). Dostaliśmy skierowanie na badania - morfologia bardzo zła, przesunięcia w rozmazie, leukocyty wysokie sporo ponad normę, anemia, CRP ponad 40 a norma od 0 do 5. No i badanie moczy nie ciekawe (białko, krwinki czerwone, bakterie itp). Jednym słowem silny stan zapalny - więc antybiotyk bo to nie wirus. Dostał silny antybiotyk, ma wybrać dwa opakowania ale już jest lepiej.
Razem z nim Weronia się rozkładała, ale ona miała gardło jak w wirusówce. W czwartek wymioty, mdlała... wszystko bolało, gorączka... więc jazda do pediatry od nowa. Powikłania u niej bo uszy bolą, gardło brzydkie choć jeszcze nie angina... ale wczoraj już były naloty i czopy na migdałkach. Ona również na antybiotyku (ja dzisiaj widzę poprawę więc jest lepiej mimo, że przełykać nie może).
Żeby nie było zbyt lekko gdy wróciłam do domu z Werką w czwartek od pediatry nie czułam się najlepiej (w aptece zapobiegawczo wzięłam różne przeciw grypowe, bo ostatnio wszystko poszło z domowych zapasów), do wieczora mnie rozłożyło na maxa. Gorączka bardzo wysoka, dreszcze itd... to wzięłam co miałam od grypy i do łóżeczka, soczek malinowy, zapas suchych ubrań... i poduszka elektryczna bo mnie trzęsło niemiłosiernie.
Wszystko było dobrze, ale miałam umówioną wizytę u pulmonologa na 13 - od rana wzięłam leki, było jakby lepiej... tylko gardło drapało byłam osłabiona... no i wizyta ważna bo to ustawienie leków astmatycznych.
Niestety poprawa nie jest taka jak powinna być. Mam zmienione leki częściowo i dawki zwiększone, dołożone nowe... znów reklamówka duża. Wieczorem gardło dosłownie zaczęło mnie rwać a tak sajgon... ANGINA jak nic. Jazda na pogotowie bo już do ogólnego za późno a sama nie chciałam z antybiotykiem celować. Miałam w domu Unidox jeszcze ale nie wiedziałam czy on na te bakterie działa, itd...
Pani doktor potwierdziła anginę, wytłumaczyłam że brałam w dużych dawkach ostatnio takie i takie leki (leczenie borelki), powiedziałam o astmie i jakie mam leki przepisane... dostałam receptę.
Jakież było moje zdziwienie w aptece gdy za antybiotyk miałam zapłacić 50 zł niemal, bo nie mam zniżki!!!
Wróciłam na pogotowie z pytaniem czemu (ja nie mam już takich zapasów finansowych, leczenie dzieci i ich leki, moje leki astmatyczne wykupiłam w południe ponad 100zł, leki od grypy... poszło naprawdę dużo jak dla mnie w jednym tygodniu dosłownie na same leki).
Podobno bez wymazu nie może mi przepisać leku ze zniżką.
Poprosiłam o coś tańszego w takim razie - ale Unidox i Cipronex podobno odpada jak brałam ostatnio.
Szukała i szukała... i w końcu spytałam czy ten Unidox na anginę mógłby być, bo mam go w domu.
Kazała mi brać i jeśli w ciągu trzech dni nie będzie poprawy to do lekarza POZ po inny... tylko ja w poniedziałek mam zabieg.
Dzwoniłam w piątek rano na oddział żeby przełożyć, ale pielęgniarka stwierdziła że może wyzdrowieję... żebym przyjechała rano na czczo to się zobaczy. Tłumaczyłam, że mam gorączkę, ostra infekcja itd...
Zobaczymy czy mnie zakwalifikują... tylko najgorsze, że jeśli nie to Marek straci urlop a ja zabieg i tak muszę mieć najwyżej w innym terminie.
Boję się trochę bo to jednak narkoza itd... no potem ten czas oczekiwania na wyniki histopatologiczne.
Trzymajcie kciuki...
Co do mojego leczenia - gdy wrócę ze szpitala przechodzę na zioła.
Podjęłam już decyzję, że spróbuję siły natury w walce z tym dziadostwem.
Może będą mnie mniej wyniszczały, może będę reagowała na nie.
Pierwszy miesiąc to taki test bo wierzę w zioła ale czy mój organizm zareaguje... tego nie wie ikt.
Muszę coś zrobić, muszę walczyć... a ABX ostatnio szarpnęły ni wątrobę i chyba nerki troszkę nadwyrężyły. Może to wina toksyn... Nie mówię już o tym jak szarpnęły kieszenią (raczej saldo na subkoncie skurczyło się dość mocno).
W środki na leczenie walczę, walczę zawzięcie. Wystawiam cały czas aukcje...
Ostatnio wrzuciłam paski, paseczki... naprawdę wiele pięknych rzeczy.
Piękne szale i szaliki.
Jeszcze mam trochę do wystawienia apaszek i chust, ale muszę sił nabrać.
Sami zobaczcie jakie cacuszka :))))
moje aukcje charytatywne allegro
Subskrybuj:
Posty (Atom)